Podstawy w dyskusji

Dawno się na nic nie rozsierdziłem, więc może spróbuję.

Żyjemy w dziwnych czasach. Nawet w Polsce. Staram się ograniczać obserwację polskich mediów, bo szkoda mi na nie czasu i uwagi, ale z nudów i ciekawości zauważam, że coraz częściej ostatnio krzyczy się na temat wolności, tolerancji, granic dobrego smaku, tego co komu wolno, a czego nie. Do głosu dochodzą chętnie tradycjonaliści, konserwatyści, biskupi, oraz równie skrajni lewacy, geje i feminiści. W sumie jest o czym rozmawiać, bo nie tylko w mediach, ale na codziennej ulicy widać, że tematyka mniejszości, równości i wolności nie została jeszcze przez Polaków całkowicie rozstrzygnięta. Zwykli ludzie też gryzą się w sprawach gejów, sztucznego zapłodnienia, eutanazji, aborcji. Nie z powodu szukania tematów zastępczych, ale z potrzeby zrozumienia jakoś sensu tego co tu, w sensie życiowym, robimy. Ludzie powszechnie boją się obcości i inności, murzynów, (nerdów), transów, fanatyków, gejów (choć nie mają nic przeciw lesbijkom). Wierzący i niewierzący obrzucają się nawzajem wyzwiskami i wszyscy jednakowo czują się wykluczani i dyskryminowani.

I jeszcze są rajstopy męskie, dyskusja dołączona do wiadomości na poczytnej Gazetcie.pl. Nie chce mi się szukać, bo tamtajesze źródła znikają i rzadko są godne, w każdym razie anegdotycznie wystarczy Wam wiedzieć, że był jakiś wynalazca, będący promotorem rajstop męskich, a krótki artykuł na ten temat wywołał falę kontrowersyjnej dyskusji na ten temat męskości. Jedna z komentatorek oskarżyła nawet, że takie rajstopy wpisują się w rzekomy trend „promowania społeczeństwa bezpłciowego, tzw. Gender”. Ach. Ach, ach. Jak widzę, że ktoś pisze o „ideologii Gender”, to mam ochotę mu jebnąć. (W internecie. Dzięki cudownej technologii internetowej można delektować się takim złowrogim uczuciem, bo do żadnego działania nigdy nie dojdzie.) Nierozumienie słowa gender mnie nad wyraz irytuje. Gender to nie ideologia. Gender to nie jest filozofia. Gender kolejna próba odróżniania natury od kultury. Tylko tyle i aż tyle. Próby negowania tego pojęcia są równoznaczne z zachęcaniem do poniżania kobiet, powrotu do społeczeństwa feudalnego i niewolnictwa. Na co generalnie nie wolno się zgadzać.

Ale wracając do wrogości. Zacietrzewiają się gorączkowo obrońcy małżeństwa, paradoksalnie walcząc z tymi, którzy by taki stan sobie cenili, tyle, że we własnej płci. Zwolennicy wolności irytują się na posiadaczy poglądów kontrowersyjnych, więc pewnych rzeczy chcą im zabraniać. Obrońcy zarodków zaskakująco często nie mają nic przeciwko zabijaniu więźniów. A korporacje to ludzie.

Oczywiście jako nerd nie zabierający zdania na takie tematy nie chcę w tej chwili walczyć zdecydowanie po żadnej ze stron. Choć prywatnie miewam zdanie na te różne tematy. Mówiąc krótko uważam, że każdy orze jak może (jak mawiał Jango Fett). Nie ma co z resztą ukrywać, żaden z tych problemów nie jest prosty. (I żaden mnie wprost nie dotyczy.)

Zamiast tego chciałem przypomnieć tylko jedną rzecz, która powinna być często przypominaną podstawą w dyskusji. A to rzecz o której zapominają chętnie tradycjonaliści. Świat się zmienia. Ale wbrew pozorom świat wcale nie zmienia się tak szybko.

  • Nie minęło 50 lat odkąd na terenie Kanady (1969) legalna jest seksualna działalność (sama działalność) dla par o tej samej płci. W zgniłym moralnie USA ostatnie prawa delegalizujące tego typu zachowania obowiązywały jeszcze w tym wieku.

  • Nie minęło nawet 100 lat odkąd kobiety mogły zabierać głos w sprawach publicznych: dla perspektywy najpierw rozpowszechniły się zasilane prądem edisonowskie żarówki, a dopiero potem prawne równouprawnienie płci!

  • Istnieją plemiona, w których standardem jest spanie na stojąco, albo w kucki. Co oznacza, że nie istnieje ludzki „naturalny” sposób spania.

  • Minęło zaledwie 37 lat od zniesienia kategorycznej prohibicji…pinballi

Biały mężczyzna w średnim wieku przestał być podstawową jednostką w społeczeństwie. Tego zablokować się nie da. Lawina ruszyła i jakoś sobie wszyscy będą musieli z tym poradzić.

Tak tylko chciałem przypomnieć, pewną perspektywę.

Lets plej

Mniej więcej jesienią 2001 roku po raz pierwszy w życiu zagrałem chwilę na Playstation 2. Demo MGS 2 zrobiło na mnie wtedy kolosalne wrażenie, ale sama konsola jeszcze większe. Praktycznie natychmiast stwierdziłem, że to nie może być mój ostatni raz z taką konsolą, że taki gadżet to naprawdę fajna sprawa.

Mijały dni. Mijały miesiące. Dużo miesięcy.

Wtem! Połowa roku 2013.

Plejstejszyn

Jak widać jestem żenująco cierpliwy. :]

Pora dowiedzieć się o co tyle szumu z tym „Uncharted”. A już we wrześniu GTA V. :D

”Man of Steel’ jest miałki

Superman wg Alexa Rossa Jak już wrzucam wszędzie to mogę też tu. Choć biorąc pod uwagę ilość głupot publikowanych przeze mnie na blogu wpisów dokładnie na ten temat, wychodzę na specjalistę od Supermana. A przecież nawet niespecjalnie lubię DC! Ale nicto, dotrwaliśmy do filmu „Man of Steel”. Jaki to film? Coż..

Jak pisałem już kiedyś, bardzo nie lubię nolanowskiej wizji Batmana, nie ufam też Davidowi Goyerowi, ale lubię Scotta Syndera, więc byłem ciekaw co wyjdzie z połączenia ich bardzo różnorodnych stylów filmowych. Niestety efekt okazał się być zaledwie mierny, „Man of Steel” to nie jest ani dobry film, ani szczególnie świeże spojrzenie na Supermana.

Film jest ciężki, tym samym usiłuje naśladować Mrocznego Rycerza, tą swoją nieporadną narracją, skokami w chronologii, „realistyczną” psychologizacją postaci. Niestety okazuje się, że za tym pozornym spoważnieniem gatunku superhero, kryje się rzecz mierna, w dodatku nie oparta w żaden sposób o komiksy. To co podnosi poziom filmu o jeden punkt oceny wyżej to finałowe widowiskowe zniszczenie, czyli ostatnia godzina filmu, która może nie ma do końca sensu, ale wygląda bardzo ładnie. Szczególnie pojedynek w Kansas, dwóch kosmitów na jednego Supka, oglądało się naprawdę fajnie. To, że w finale ginie tysiące ludzi jeszcze kupuję, najazd wrogo nastawionych kosmitów to powinno być po części kino katastroficzne. Gorzej, że w związku ze zniszczeniami na koniec okazuje się, że Superman to niemoralny knur, ponadto najpierw się męczy z przeciwnikiem, a potem nagle szybko sobie radzi. Treściowo miałkie, ale ogląda się to nieźle.

Jednocześnie warto zwrócić uwagę, że choć widowisko jest niezłe, niestety jest to wizualnie dość wierna reprezentacja współczesnego kina akcji, i jak dla mnie jest to klęska gatunku filmowego. Wszystko opiera się o trzy punkty: trzęsąca się kamera, bardzo krótkie ujęcia, i taniej jakości CGI. W ten sposób pokazywane są drobne pojedynki, chociażby początkowe napieprzanie się Zoda i Jor-Ela, ale też gigantyczne sceny akcji, wybuchy. Pokazywane tak, żeby widza omylić, nie pokazać mu konkretnego. Co ogółem jest przykre.

Hans Zimmer muzycznie w sumie zanudził, poza naprawdę fajnym tematem z trailera i silną sekcją rytmiczną. Przeciętna reżyseria spowodowana jest bardzo słabym scenariuszem, w którym Superman zamiast być wzorem, ideałem do którego się wszyscy odnoszą, jest zwykłym, nieco złośliwym dziwakiem. To jest też kolejny superbohaterski film nie dla dzieci, nie z powodu przemocy, ale z przewijającej się nudy, brak jakiegokolwiek poczucia humoru.

Przy całym tym zamieszaniu aktorzy nie są źli: Henry Cavile jest napakowany i sympatyczny, na tyle na ile pozwala mu na to scenariusz (ale ten nie pozwala mu na wiele). Amy Adams jako Lois Lane nie jest zła, choć nie rozumiem, czemu nie mogła być brunetką. Jej podstawowym problemem jest brak bardziej rozbudowanej osobowości, jest obecna w większości scen, czasem bez żadnego szczególnego powodu, tylko, żeby Sup mógł z kimś porozmawiać. To, że Perry White jest czarny mi nie przeszkadza (choć w prawdziwym świecie musiałaby jakoś wyrazić się ironia kontrastu między jego kolorem twarzy i nazwiskiem), ale to, że nosi w uchu kolczyk, że niby redaktor naczelny czołowej gazety w Ameryce, nosi diament w uchu, to hollywoodzka bzdura i najbardziej fantazyjny pomysł tego filmu. W tle pojawiają się całkiem sympatyczni Boyd z Dollhouse’u, Mr. Gaeta z BSG i Tahmoh Penikett z obydwu seriali. Kevin Costner i Russel Crowe mnie jednakowo irytowali, obaj zdawali się być znudzeni swoją obecnością w filmie, ich role też są nieszczęsne, ale o tym za chwileczkę. Jasnymi punktami w filmie były dwie damy: Diana Lane naprawdę urocza Ma Kent i nadzwyczaj charyzmatyczna Antje Traue w roli niebezpiecznej Faory.

Teraz ponerdzę trochę bardziej spoilerowo, bo przede wszystkim ten film fabularnie popełnia kilka rzeczy niewybaczalnych.

Pa Kent jest amoralnym fanatykiem – to dla mnie największy błąd tego filmu, niewybaczalna pomyłka twórców, która całkowicie psuje postać Jonathana Kenta, ale tym samym samego Klarka. Superman jest kosmitą i to daje mu supersiły. Ale nie dlatego jest wzorem superbohatera, do którego wszystkie kolejne komiksy się odnoszą. Superman jest idealny, ponieważ jest prostym człowiekiem wychowanym przez miłych, uczciwych, szlachetnych, najczystszych moralnie rodziców, jakich nosi Ziemia: Martę i Jonathana Kentów, z okolic małego miasteczka w Kansas. Już przy zwiastunie, kiedy Pa Kent na pytanie „Co miałem zrobić, pozwolić im zginąć”, odpowiada „Może”, miałem ochotę krzyczeć głośno, ale wolałem poczekać, może to tylko trik montażu. Ale nie, faktycznie Goyer zmienił komiksowy wzór ojcostwa na filmowego moralnie zepsutego fanatyka, który przekłada do końca nieokreśloną wiarę w przyszłość adoptowanego syna nad życie niewinnych ludzi. Na dodatek stary Kent jest jednowymiarowy, jedyne co sobą reprezentuje to pesymizm i brak nadziei w ludzkość. Kiedy braknie podpory moralnej jaką jest Pa Kent, młodemu Kal-Elowi brakuje wzoru do naśladowania, przestaje być harcerzykiem, a staje się tylko osiłkiem. Wędrując po Ameryce Klark staje się chamem, gdy na przykład niszczy jednemu umiarkowanie niewinnemu kierowcy ciężarówki cały dobytek, wraz z przewożonym towarem, który najprawdopodobniej nawet nie był jego, tylko po to, żeby dać mu nauczkę. Tym samym Nolan po raz kolejny prezentuje superbohatera, który nawet na moment nie przejął by się nieszczęśliwą staruszką i jej zaginionym kotem. Bardzo złe, nieodpowiednie. No i z tą postacią wiąże się najgłupsza scena śmierci w historii współczesnego kina.

To co zupełnie niepotrzebne w tym filmie, to nowa mitologia Kryptonu, w której Kryptonianie są sztucznym, genetycznie kontrolowanym społeczeństwem, tworzonym według ustalonego kodu genetycznego. Którzy pominęli trochę umiejętność lotów kosmicznych, ale okiełznali lokalne latające jaszczurki. Co ciekawe „realistyczny” film nawet nie spróbował wyjaśnić dlaczego z całego rozsypującego się Kryptonu można było ewakuować tylko jedno niemowlę. Wracając do sklonowanego (choć nie składającego się tylko z klonów) społeczeństwa, Codex to w ogóle niepotrzebny i konfudujący makgaffin, niejasne jest dla mnie dlaczego informacje genetyczne przechowywane były w jednej skamieniałem czaszce, i w jaki sposób informacje przeniesione do pojedynczych komórek Kal-Ela miałyby doprowadzić do powstania nowego Kryptonu. Codex jest tu szczególnie ciekawym przykładem nowego tworu w kinowej fantastyce, bo…nie wiadomo co to jest. Problem leży chyba w tym, że filmowcy zamiast sięgać do źródeł, próbują niepotrzebnie wymyślać zupełnie nowe rzeczy. W Marvelu nikt nie próbuje wyważać otwartych drzwi, tesserakt jest o tyle prosty, wystarczy wiedzieć, że jest przedmiotem magicznym o wielkiej mocy.

Jor-El jako pendrive – tu dotykam scenariuszowego prostactwa, które na studiach i warsztatach pisarskich byłyby pewnie wyszydzane, ale w Hollywood jakoś przechodzą: jest żenującym wygodnictwem dopisać do filmu postać, która jest: nieśmiertelna, wszechpotężna, wszechwiedząca, i która, w sumie w dość losowych momentach filmu, pomaga głównym bohaterom. Tymczasem Jor-El uploadujący swoją „świadomość” do kolejnych kryptońskich statków jest właśnie takim dżinnem, który pomaga głównym bohaterom…ale tylko do pewnego stopnia, a potem w pewnym momencie, z resztą kosztem słabego żartu („Przechyl głowę w prawo”), niemal zabija Lois Lane. No i ma jakiś plan wobec Kal-Ela, jaki do końca chyba nikt nie wie, ale śmiem twierdzić, że również niezbyt dobry, skoro ma być zbawcą i liderem tych ludzkich małp. A właśnie, tak apropos Superman to Chrystus, jakby ktoś nie wiedział, topornie ma to narzucone kilkukrotnie, bez szczególnego stylu, oraz bez konkretnych wniosków.

Drobny seksizm w tle – wiadomo, że jest to film o muskularnym facecie, ale to nie tłumaczy dlaczego w filmie kobiety głównie przeszkadzają. O nijakości Lois już pisałem, a poza nią w filmie jest jedna asystentka Daily Planet…która wpada w tarapaty i Perry White musi ją ratować (i to przez nią prawie ginie), oraz asystentka pana generała, która w swoich dwóch jedynych scenach wykazuje się całkowitym brakiem profesjonalizmu, najpierw nie wiedząc co to terraforming, a potem rzucając finałowy żart „i just think he’s kind of hot”. Poważnie nie śmieszne. To drobne, ale tak bardzo irytująco głupie, że naprawdę nie rozumiem czemu musiało się znaleźć w filmie XXI wieku.

Siostra kazała mi się prześmiewać z wizji Supka stojącego na stosie czaszek, ale to akurat mi się całkiem podobało.

Ogółem więcej tu niedobrego niż dobrego, dlatego nie mógłbym dać więcej niż 4/10.

PS. Oczywiście, naturalnie. Nastoletni Klark czyta Platona. :roll: