Wiadomo. Lubię komiksy i oparte na nich filmy. Jednakże DC Comics, jedno z dwóch największych studiów komiksowych (tu jest jeden z fotomontaży porównywający obydwa uniwersa), które przechowuje prawa do niektórych z najfajniejszych superbohaterów, ma z przełożeniem tych postaci na film poważne problemy. Ich podstawowa konkurencja, czyli Marvel, wypuścił w tym roku „Avengersów”, którzy są zwieńczeniem pewnego ważnego etapu – próby prawidłowego stworzenia jednego wielkiego filmowego uniwersum, wypełnionego superbohaterami. Próba okazała się wielkim sukcesem, zarówno finansowym jak i jakościowym. A DC nadal błądzi, a to dlatego, że bracia Warner nie wiedzą co zrobić z komiksami.
Problemy Warner Brothers na temat adaptacji opisywałem już wcześniej, ale tamto dotyczyło tylko wycinka historii, kilku lat żmudnej przedprodukcji Supermana. Patrząc na zakończoną już trylogię Batmana w wersji Nolana, trzeba przyznać, że tą jedną postacią WB odniosło (pomimo mojej niechęci, o czym za chwilę) wielki sukces. Jeden z większych sukcesów w historii kina. Jednakże jest to sukces w pewnej mierze przypadkowy, to znaczy taki, którego moim zdaniem nie da się już powtórzyć…o czym przekonamy się na „Man of Steel”. Zresztą właśnie ten film to póki co ich jedyna nadzieja, bo DC/WB znajdują się obecnie w tragicznej sytuacji, gdzie w roku 2013 będą mieli tylko ten jeden komiksowy film z DC przeciwstawiony aż trzem konkurencji (trzeci Iron Man i drugi Thor ze studia Marvela, oraz dodatkowo Wolverine od Foxa). Rok 2014 będzie dla nich jeszcze trudniejszy, bo Marvel będzie miał swoich filmów co najmniej cztery (Kapitan Ameryka i Guardians of the Galaxy będące częścią uniwersum Marvela, oraz na bonus drugi Spider-man i drudzy Pierwsi X-meni)…a być może Edgar Wright zdąży jeszcze ze swoim Ant-Manem. Tymczasem Warner Bros w tej chwili patrzy tylko na swojego nowego Supermana i ma głęboką nadzieję, że to właśnie on pozwoli im na otworzenie wrót do tworzenia dalszego uniwersum…ku uciesze konkurencji, bo gdy DC zacznie przedstawiać nieśmiało swoje kolejne postaci, Marvel będzie już atakował „Avengersami 2” prowadzonymi ponownie przez Jossa Whedona. Jeżeli WB będzie próbowało dorównać im przedstawiając pierwsze przygody Marsjańskiego Manhuntera, to ludzie tego po prostu nie kupią.
Żeby nie było, że piszę słowa na wiatr, spójrzmy teraz na chwilę w przeszłość. Jest kilka artykułów, jeden nawet po polsku, które opisywały różne próby. Poniżej streszczona krótka historia nieistniejących superbohaterskich filmów z WB:
Superman Lives - film legendarny z uwagi na to, że jakąś wersję scenariusza napisał Kevin Smith, o jego przeżyciach z tym związanymi opowiedział podczas swojego pierwszego DVD. Oraz legendarny dlatego, że miał się nim zająć Tim Burton…a przede wszystkim dlatego. Nicholas Cage jako Superman. Film przeszedł przez tradycyjne piekło produkcyjne, z dziesiątkami wersji scenariusza i z wieloma aktorami, którzy mieli założyć czerwoną pelerynę. Tu nie szukam sensacji, w Hollywood to się zdarza. Prawdziwe jaja zaczynają się później.
Batman Triumphant - czyli kontynuacja schumacherowskiego Batmana. Tu akurat wina nie leży tylko po stronie Warner Bros, „Batman i Robin” to wyjątkowo zły film, który można oglądać z wielką przyjemnością, ale tylko napawając się campem, fatalnym aktorstwem, scenariuszem, idiotyzmami…i trochę szkoda, bo opowieści o piątym w serii Batmanie są interesujące. Co ciekawe, choć miał powrócić Schumacher, to kolejny jego film miał być mroczny, psychologiczny dramat, zupełnie przeciwieństwo Batmana 4. Głównym złoczyńcą miał być Scarecrow, który wywoływałby psychotyczne wizje Batmanowi, przez co do filmu powróciłby na chwilę Joker w wersji Nicholsona(!). Według plotek w filmie miała pojawić się też Harley Quinn, co już samo w sobie jest genialne. Zamiast tego WB. spróbowało wrócić do początku, zaczęli pracę nad…
Batman Year One - to inny pomysł WB z końca lat 90., wierna adaptacja komiksu Franka Millera. Na początku z projektem nadal związany był Schumacher, potem na scenę wkroczył Darren Aronofsky, wtedy jeszcze początkujący reżyser i scenarzysta. Swoją wersję tekstu do filmu konsultował ponoć z Frankiem Millerem, etap przedprodukcji był tak zaawansowany, że rozmawiano już z Christianem Balem o roli B-mana.
Batman Beyond – w tym samym czasie co Year One pracowano też nad filmową aktorską(!) wersją tej kreskówki, powstała przynajmniej jedna wersja scenariusza, a przy jej pisaniu brał udział też Paul Dini, czyli mózg animowanego Batmana z tamtego okresu. Ostatecznie WB zrezygnowało na rzecz następnego projektu:
Batman vs. Superman – film, który miał być łatwym wprowadzeniem dwóch najważniejszych superbohaterów DC (a może w ogóle całego świata) w najnowszy wiek. Tu wersji scenariusza było chyba kilka, wszystkie najpierw skłócały, potem godziły Supka i Batsa.
Superman: Flyby – próba restartu historii Supermana, najpierw obmyślana przez J. J. Abramsa w 2002 roku, tylko potem….WB zaczęło bawić się pomysłem Batman vs. Superman, więc tytuł zawieszono…żeby po fiasku prac nad Batman vs. Superman ponownie powrócić do Flyby. Dosłownie! Jak małe dzieci. Nad tym projektem konsultantem miał być Christopher Reeve, na głównego reżysera kreował się przede wszystkim McG. Ostatecznie WB postanowiło zainwestować w…kontynuację przygód Supermana, w dodatku tylko dwóch pierwszych oryginalnych filmów.
Bruce Wayne – tym razem serial telewizyjny, batmanowa wersja Smallville…którego był faktycznym prekursorem. W 1999 WB zainteresowało się scenariuszem pilota serialu opowiadającego o 18-letnim Waynie, który wraca do Gotham po wieloletniej tułaczce, musi odnaleźć się w nowym towarzystwie, odziedziczonym biznesie i znaleźć swoją misję. Scenarzyści napisali tylko scenariusz pilota…i pełną serialową biblię obejmującą sześć sezonów. Dlaczego serial nie poszedł? Przez kolejne rozmemłanie Warner Bros.: dział telewizyjny chciał projekt kontynuować, ale filmowy naciskał, że Batman powinien trafić jak najszybciej do kina (i musieliśmy czekać jeszcze cztery lata).
Przy czym najnowszy Superman, skoro już o tym mowa, też powstawał w bólach i znoju, swoje propozycje na film przedstawili różni ludzie komiksu: na przykład Grant Morrison (proponując filmową wersję All Star Superman), a z kolei Mark Millar wespół z Matthew Vaughnem zaplanowali od razu całą mroczną trylogię. WB zdecydowało się na, w ich myśleniu, pewniejszy krok zatrudnienia osoby, która choć trochę wpłynęła na ostatnią trylogię Batmana, więc zatrudnili Goyera. Co z tego wyniknie, zobaczymy.
Żeby było jasne, wymieniam tylko te tytuły, o których publicznie mówiono. To nie są jakieś luźne pomysły na film, marzenia fanów, rozdmuchane plotki dziennikarzy. Na nie-powstanie tych wszystkich filmów wydano grube miliony dolarów, setki godzin poświęcono na pisanie scenariuszy, a w niektórych przypadkach nawet robienie kostiumów, czy kręcenie próbnych zdjęć. Powstanie tych wszystkich epickich filmów było zatrzymywane czasem na ostatnią chwilę. Historia niezrealizowanych filmów z WB to jeden wielki clusterfuck.
Aha i jeszcze na rozsierdzenie fanów: Joss Whedon spędził dwa lata pisząc scenariusz filmu „Wonder Woman”. … I nikt nigdy na świecie tego filmu nie zobaczy.
Przy czym, chcę podkreślić, że zgodnie z moimi dawnymi wynurzeniami o adaptacjach, nie twierdzę, że filmy komiksowe muszą być wierne i zgodne z pierwowzorem. Batman w wersji Burtona też z komiksami niewiele ma wspólnego, nawet wizualnie, a jest pyszny. Skoro już o tym mowa. Nie lubię Batmana według wizji Nolana. No nie lubię, bo Bale jest zwykłym brutalem, chamem, w dodatku z poważnymi problemami psychicznymi, a nie najlepszym superbohaterem jakiego zna Ziemia, detektywem, niepokonanym rycerzem. Nolanowski Batman to szaleniec, zajmujący się tylko byciem Batmanem, w dodatku tylko na korporacyjnym poziomie, ten Batman nie pomoże staruszce zdjąć kota z drzewa, on jest mesjański, więc musi ratować ludzkość, ale tylko całą ludzkość. Śmiem twierdzić nawet więcej: Mroczy Rycerz w wersji Bale’a nie będzie usiłował powstrzymać zabójców w mrocznych zaułkach, którzy osieracają małe dzieci, a to się przecież zupełnie nie zgadza z podstawową motywacją tej postaci. Najbardziej jednak w dyskusji o adaptacjach Nolana denerwuje mnie często powtarzanie zdanie o rzekomym realizmie tej serii, że niby rzeczywistość pokazywana w filmach jest tak bardzo podobna do naszej. A to przecież bzdura, złoczyńcy są groteskowi, i choć ledgerowy Joker to ciekawa postać, dziwadło, ale ciekawe, ale już reszta to karykaturki. Harvey Dent to głownie zmarnowany potencjał, staje się „tym drugim” na siłę, jakby na koniec filmu Nolan postanowił sięgnąć po komiksy, zupełnie niepotrzebnie. W tych filmach pojawiają się też jednak elementy zwykłej fantastyki, jak magiczne urządzenie do tworzenia pary niczym z Szumachera, a przecież takim samym dynksem był bat-sonar z drugiej części filmu. Jedyne co pozostaje, to czekać na nową wersję Batmana.
Wracając jednak to adaptacji, komiksy z definicji nie są jednolite, każdy zeszyt komiksu to wspólna interpretacja scenarzysty i rysownika na temat konkretnej postaci. Film nie musi być wierny z komiksem w sensie fabuły czy elementów wizualnych, choć fajne jest gdy np. w Thorze pojawia się Destroyer żywcem wyjęty z komiksu. Komiksy opowiadają o konkretnej postaci, to są moce, tło jego życia, powstanie, to cechy charakteru. Ogółem tworzenie filmu o superbohaterze w oderwaniu od pierwotnej koncepcji mitycznej zazwyczaj nie działa, albo jak w nowym Spider-Manie pojawia się tylko powtarzalność, nie ma niczego nowego, przez co nie ma powodu żeby iść do kina. Komiksiarze zasługują na filmy wierne. Choć pisząc to, doskonale pamiętam o Green Lanternie, który zawarł całą komiksową mitologię, a mimo to jest szczególnie tragicznym przykładem próby oddania w całości komiksu, która się rozsypała. Jednakże ta porażka to raczej nie problem komiksów, tylko złego robienia filmów: rutyna opowiadania ciągle tych samych początków superbohaterskich, a także wyraźna niepewność tematyczna, bo tamten film zaczął powstawać jako Space Opera, ale potem wyraźnie zmieniał się w komedię, a potem w zwykłego akcyjniaka, co tylko dowodzi jak WB jest zagubione.
Nie martwcie się jednak, bo przybywam na ratunek. A oto jak Warner Bros. może się odnaleźć, odkryłem rozwiązanie jak mogą sobie poradzić: muszą wziąć się za tworzenie jednego superbohaterskiego świata, wyprzedzając Marvela. Rozwiązanie jest tylko jedno: pokazać jeden świat, ale zaczynając historię od środka. Świat pełen superbohaterów, superzłoczyńców i zwykłych mieszkańców pogodzonych z tym, że ich świat rządzony jest przez meta-ludzi. To jedyne rozwiązanie, bo jeżeli chcą robić to co zrobił Marvel, to trwać będzie bardzo długo, a ile publiczność może wytrzymać filmów o początkach bohaterów. Ja już od dawna mam dość origin story, w dodatku początki Flasha, Shazzama, czy Cyborga, to będą filmy boleśnie wtórne. Liga Sprawiedliwych, jako film dziejący się w świecie, w którym zaakceptowano istnienie nadludzi, pozwoli na stworzenie sytuacji, w której pojawienie się Flasha nie będzie czymś szokującym, zaszokuje to, że chce on komuś pomagać.
To fascynujące oglądać potężną korporację, która sobie nie radzi, ale też przykre, bo fani superbohaterów zasługują na oglądnie filmów gdzie akcja ma sens, gdzie jest jej dużo ale jest wciągająca, obecnie wydaje się mnóstwo pieniędzy, ale pokazywane pojedynki nie są ekscytujące, powinny być czymś więcej niż tylko biciem się po twarzy. Matrix pokazał, że pojedynki mogą być magiczne (wystarczy kraść z wuxii). A może za dużo wymagam, może Hollywood jest zbyt skomplikowane, zbyt rozrzutne i zbyt niezdecydowane, żeby zrobić dobry film o superbohaterze? Może zamiast tego trzeba pozostać przy genialnej animacji?