Recenzja z przeszłości: Transformers 3

13 mar
2012

Bardzo niewiele się tu dzieje, nieprawdaż. Ale nicto, nadal będę podtrzymywał ten blok, zwłaszcza, że ostatnio pojawia się coraz więcej współblogerów, z czego naprawdę się cieszę. (Polecam linkownię). Kto wie, może kiedyś nawet coś nowego napiszę.

A tymczasem borem lasem, kiedy nie piszę i nie myślę, to lubię wspominać jak kiedyś miałem momenty myślenia i pisania, dlatego postanowiłem czasem poprzeklejać co ciekawsze recenzje jakie mi się w przeszłości zdarzyły. I tak po seansie Transformers 3 naszedł mnie tak mocny rant, że powstał niniejszy, przepełniony niechęcią tekst, z którego naprawdę jestem dumny:

Kupa złomu!

Poszedłem na Transformers 3 bez specjalnych wymagań. Podobała mi się jedynka, ba podobała mi się nawet dwójka, choć to zdecydowanie gorszy film. Część trzecia jest właściwie bardzo podobna do dwójki, tylko dużo dużo gorsza.

Film do połowy właściwe nie jest taki zły, dużo prostych zbiegów okoliczności, efektowne retrospekcje z przeszłości, naprawdę widowiskowe sceny akcji, ale im dalej tym głupiej, coraz bardziej absurdalnie, no i finalna bitwa, która trwa chyba z godzinę nie ma za nic żadnego sensu. Ale po kolei. Sam Witwicky z wykształceniem to cham i dupek, ciągle na wszystkich krzyczy, nie szanuje swojego kolejnego samochodu, nie da się go lubić. Sam w ogóle nie szanuje też oszałamiającej laski u jego boku, a panienka Rosie Huntington-Whiteley jest modelkowo ładna i nawet nie najgorzej gra, tylko, że zupełnie nie pasuje do gburowatego Sama, i w ich związek po prostu nie da się uwierzyć. Dalej na chwile na ekranie pojawia się John Malkovich, ale co on tam właściwie robi? I po co? Jedna z wielu zagadek. Na chwilę widzimy też rodziców Sama, ale właściwie zupełnie niepotrzebnie, zwłaszcza, że po drugiej scenie znikają i już nie wracają. Ponieważ autobocim wojskiem zarządza teraz harda Frances McDormand Sam postanawia sam poprowadzić śledztwo o tajemniczym zdarzeniu, które miało miejsce po ciemnej stronie księżyca wiele lat temu. Tu obok powracającego Johna Turturro pojawia się chyba jedyny prawdziwy plus tego filmu, jedyna gwiazda, która błyszczała jasno w tym filmie: Alan Tudy, jako duński specjalista od wszystkiego, jest potwornie przerysowany, ale nadal zabawny. Właściwie chyba tylko on jest zabawny. Zupełnie nie śmieszny jest natomiast potwornie przerysowany Ken Jeong. Mówiąc o scenach początkowych jest tam kilka ciekawych cameo, z czego moje ulubione miał mistrz pojawiania się na drugim planie – Jesse Heiman, który przechadza się podczas rozmowy o pracę Sama z Malkovichem i chyba nawet spogląda prosto w kamerę.

Może teraz krótką chwilę poświęcę na tytułowych bohaterów: otóż nareszcie Transformersy, czy raczej tyko Autoboty, mają kilkukrotnie powtórzone imiona: Ironhide, Dino, Ratchet, Wreckersi, niestety wciąż nie mają żadnej osobowości, kilka linii dialogowych, ale nic więcej. Dotąd jedyną ostoją wybitności była najlepsza postać w filmach, czyli Optimus Prime, niestety i to zostało totalnie zrujnowane przez Baya, przede wszystkim w finale, o czym później, ale wcześniej też: początek spoilera Sentinel Prime zdradza wszystkich dobrych, a Optimus w tym czasie gdzieś po prostu znika i pojawia się zaraz po zniknięciu zdrajcy, no absurdalne koniec spoilera.

I teraz będę się już tylko znęcał nad finałową bitwą, rzucając mięsiście spoilerami. Robię to, bo ostatnio coraz mocniej patrzę na filmy pod kontem scenariusza: ustawiania scen, grania emocjami, przepisywaniem celów bohaterów. W tym wypadku finał, czyli praktycznie cały trzeci akt, jest zły. Nie ma żadnego sensu, a wiele rzeczy dzieje się poza ekranem, bo tak było wygodniej filmowcom. Ot, przykład złego filmowstwa.

początek spoilera
Oto co się dzieje: Chicago zostaje zajęte przez złowrogie Deceptikony w jednym z dziwniejszych montaży filmowych: rozkaz generała, czarny ekran, szybkie ujęcie wybuchu (?), czarny ekran, i już całe miasto jest zajęte przez złe roboty, które dla hecy biegających zabijają ludzi. Serio w tym filmie giną chyba setki ludzi. Sam jedzie więc do Chicago, żeby odbić swoją ukochaną, towarzyszy mu Tyrese Gibson, który zabiera ze sobą swoich kumpli z ich uzbrojeniem, tam banalnie łatwo trafiają na Autoboty, które tylko sfingowały własną śmierć, żeby podstępem (ang. deception) pokonać Deceptikony. Wszyscy dobrzy bohaterowie wiedzą już co trzeba zrobić – wystarczy zniszczyć jedno, niewielkie urządzenie, żeby cały misterny i złowrogi plan Decepticonów upadł. Więc co robią? Rozłączają się i zaczynają chodzić po mieście. To już w poprzednich częściach nie miało zbyt wiele sensu – Autoboty to roboty zmieniające się w pojazdy, to dlaczego ich ludzcy sojusznicy zawsze muszą tyle biegać? Potem jest szereg niepotrzebnych, ale widowiskowych scen, a to ludzie biegną po budynku, a to budynek się wali. A potem nareszcie coś dobrego: Optimus Prime w dodatkowej zbroi lata i kontratakuje, niszczy gigantycznego robota, z którym przyszło mu chwilę walczyć na początku, na pewno zaraz go zabije……po czym zaplątuje się w jakieś kable. KABLE! I tkwi w tych kablach dobre kilkadziesiąt minut! Powtórzę: najpotężniejszy wojownik dobrej strony, szlachetny przywódca Autobotów, jeden z najlepszych wojowników i przywódców w światowej popkulturze, jest niemal wyłączony z finałowej walki, bo zaplątał się w kable! Ale nic to, przecież prócz niego powinno być jeszcze 8 innych autobotów (do których chyba nie dolicza się dowcipnych dwóch kurdupli, którzy w sumie dokonali najwięcej), oni na pewno pomogą sytuacji. Albo nie, dopiero po kilkunastu scenach dowiadujemy się, że reszta autobotów jest w niewoli i nie zdołała NICZEGO dokonać. Na szczęście są jeszcze nasi bohaterowie, w tym przede wszystkim Sam Witwicky i jego biegająca w szpilkach modelka, obydwoje oczywiście bez jakiś osłon pancerzy, czy kamizelek. Sam z resztą, choć nie ma żadnej broni, ale za wszelką cenę musi być w samym środku konfliktu, nawet jeśli nie jest w stanie absolutnie nic zdziałać, pomijając już, że parę scen wcześniej zadecydował, że sensem jego życia ma być miłość i z nią powinien zacząć wracać do domu. Witwicky biega więc dużo po mieście, czasami do końca nie wiadomo dlaczego. Do Chicago trafiają też inni żołnierze, jednostki specjalne Transformersów, marinsi, sealsi, najlepsi Ameryki. I tu pojawiają się elementy mocne: Bay potrafi mieć naprawdę znakomite pomysły, dlatego scena desantu żołnierzy NEST jest wybitna, jeszcze fajniej ogląda się jak różne drużyny żołnierzy wspólnymi siłami bardzo sprawnie pokonują Deceptikony. Niestety podczas wielu widowiskowych scen akcji główni bohaterowie przeżywają takie przygody, że wszyscy powinni mieć zmasakrowane kości, a sam Shia musiał mieć totalnie zdruzgotany kręgosłup, co nie przeszkadzało mu biegać. Szkoda tylko, że w większym obrazie wciąż nie wiadomo o co chodzi. Jaki jest plan? Tak naprawdę? Dlaczego nie wystrzelono jednej rakiety, którą miała ekipa Gibsona? Inne drużyny nie miały takiej broni? Dlaczego wreszcie autoboty razem nie wjechały do centrum Chicago, żeby zniszczyć ten nieszczęsny filar kontrolny. Co więcej – jaki właściwie jest plan Deceptikonów? Czy Cybetron zniszczy Ziemię? Czy jego elementy mają być na Ziemię przeniesione? Dlaczego na sam koniec, kiedy Bumblebee niszczy filar (nareszcie!) Cybetron teleportuje do siebie wszystkie Deceptikony (prócz Megatrona) a potem zapada się w sobie? I dlaczego nikt tego widzom nie wyjaśnił? Och, tak dużo tu złego filmu. Sam biegnie po raz ostatni, żeby niepotrzebnie pobić się chwilę z McDreamy’m, a w tym czasie Optimus naparza się z Sentinelem, prawie ginie, ratuje go Megatron, który za chwilę zostaje zabity przez Optimusa. Przy czym nie widziałem tam zasady papier/kamień/nożyce, że jeden z nich potrafi łatwo pokonać trzeciego, a drugi pierwszego, po prostu Optimus ma duże problemy z pokonaniem Sentinela, Megatron zabija Sentinela bez zadyszki trzema strzałami, a Optimus zabija Megatrona jednym pociągnięciem bojowego topora. Tak właśnie robi się złe pojedynki.
koniec spoilera

I tak właśnie robi się złe filmy, szkoda, bo seria miała duży potencjał, Michael Bay miał kilka naprawdę dobrych pomysłów, a Peter Cullen po prostu jest Optimusem Prime. Mimo to T3 to porażka, dużo wybuchów, słabe roboty, nijacy bohaterowie, bezsensowy scenariusz. Odradzam.


myśl#12 – ukuleleistyczna

5 gru
2011
...z cyklu wolframowe myśli

Ukulele to nie instrument, to styl życia.


Rock And Roll Nerd

7 lis
2011
...z cyklu blubry

Znalazłem nowego muzycznego idola. To nie zdarza się często. Choć słucham dość dużo muzyki, i przynajmniej połowę słuchania staram się przeznaczyć na rzeczy nowe, i na nieznanych mi wykonawców, to jednak niewiele z tego porusza mnie jakość szczególnie, a naprawdę niewiele robi aż takie wrażenie. Tymczasem wysłuchałem jednego koncertu, potem płyty, drugiej, trzeciej…potem powtórzyłem kilka razy. I właśnie w ten sposób zachwycił mnie Tim Minchin.

Tim to rockandrollowy nerd, o czym sam poświadcza poniższą piosenką. To chyba najlepsze wprowadzenie do jego twórczości. Piosenka, jakby napisana wbrew zasadom pisania piosenek, przedstawia dziwnego intelektualistę, introwertyka, marzyciela, gwiazdę, idola i nerda oczywiście. Z dość surowym poczuciem humoru. I tu przepraszam, że od razu zdradzam puentę, ale piosenka mówi przede wszystkim o trudnym losie pianisty i poety:

Droga do poznania Tima była długa i dość zagmatwana (jest też kolejny dowodem na wybitność internetu). Otóż słuchając regularnie podkastu nerdist poznałem zabawny tercet komediowy z Australii o skromnej nazwie Axis of Awesome. Zabawni goście zajmują się śmiesznymi, ale prostymi piosenkami, ale pewnego razu ich pianista, zagrał z innym artystą w tym widele. I właśnie w tym wideo po raz pierwszy ujrzałem i usłyszałem Tima Minchina, gdy przygrywał żywo na pianinie i śpiewał piosenkę zawierającą głównie wulgarne angielskie słowo „fuck”, a wszystkie te wulgaryzmy skierowane do…papieża. To mnie dość zaintrygowało, ale jeszcze nie zachwyciło, nawet usłyszenie pełnej wersji tej piosenki nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia, choć było naprawdę chwytliwe i znakomicie zagrane na pianinie. Gdy zobaczyłem jednak, że muzyk ten występował z orkiestrą symfoniczną, to zaintrygowanie się pogłębiło.

Tim już na pierwszy rzut oka robi wrażenie, z tą swoją dziwaczną fryzurą, silnym makijażem, bosymi stopami, werwą z jaką gra i śpiewa swoje cudaczne piosenki i oczywiście ciągłymi minami rzucanymi w stronę publiczności. Śpiewa o wszystkim: od miłości do żony, po niechęć wobec głupoty ludzkiej. Od problemów codziennego życia, po problemy pośmiertne. A także o wielu dowcipnych rzeczach: o dziwnych fantazjach seksualnych, dmuchanej miłości, przekonaniach, trudach zajmowania się dziećmi albo o Bogu i seksie analnym. Śpiewa o uprzedzeniach, grubych dzieciach, stara się ratować świat tworząc pop-hymn o płóciennych torbach , a nawet Hymn Pokojowy Palestyny.

Tim śpiewa swobodnie, nie ograniczając się w tematach, ilości wulgaryzmów, czy naruszania różnego rodzaju majestatów, bo jak się okazuje swing z przekleństwem po prostu brzmi znacznie lepiej. A nie o obrazę chodzi przecież, tylko o celny humor. A wszystko to śpiewane jest z rockandrollową werwą i naprawdę bogatym przekrojem gatunków muzycznych, od rock and rolla po funk i jazz. No i jeszcze wzmacniane orkiestrą symfoniczną. To chyba po prostu idealne połączenie muzyki i treści, rocka i poezji, a wszystko okraszone mocnym humorem.

Tim zaczął jak zwykły człowiek, po prostu kolejny pianista z okrągłą twarzą i lokami. Założył nawet zespół, z którym wydał jedną płytę, ale nie przyniosło to specjalnego sukcesu, ani pieniędzy. Żył skromnie zarabiając na gigach z zespołem kowerowym. A potem postanowił ostatni raz spróbować szczęścia będąc sobą: schudł, zapuścił i wyprostował włosy, przestał używać okularów, a na scenie pojawiał się w tylko w dżinsach typy „skinny”, ale za to boso, bez butów. Wziął tych kilka swoich dowcipnych piosenek i zaczął śpiewać przy pianinie, akordeonie i gitarze, w klubach Melbourne, aż pewnego dnia udało mu się dostać na lokalny Międzynarodowy Festiwal Komedii, który dał mu dobrą agentkę i szansę na pojawienie się na legendarnym Festiwalu w Edynburgu. Reszta jest historią…którą można obserwować w filmie dokumentalnym „Rock and roll Nerd”, który śledzi jego drogę do Londynu i do sławy.

Jest dobra okazja do tego wpisu, bo na dniach w cywilizowanych krajach w sprzedaży ukaże się na DVD i Blu płyta „Tim Minchin and The Heritage Orchestra”, czyli właśnie nagranie z Royal Albert Hall, fragmentu trasy koncertowej Tima z orkiestrą symfoniczną. Jeśli będziecie mieli okazję jakoś to zobaczyć to naprawdę polecam, to widowisko pełne humoru, ale też naprawdę imponującej muzyki symfonicznej. Jeśli już zaczniecie oglądać to koniecznie wytrwajcie do finału, bo to pod koniec każdego jego koncertu pokazuje się najciekawsza, z początku niepozorna, twarz Tima, twarz liryczna. Widz przestaje się wreszcie tylko głupkowato uśmiechać, a zaczyna fascynować nie tylko artystą, ale po prostu całą ludzkością, kiedy Tim zaczyna śpiewać o swojej rodzinie, talencie, albo po prostu o tym dziwacznym uczuciu, które każdy człowiek czasem ma, gdy czuje się jak najmniejsza lalka w matrioszce:


Gry głodu

14 cze
2011
...z cyklu kurtula

Piszę pracę magisterską. Piszę pracę magisterską. No dobra, nie piszę.

Bardzo lubię wiedzieć czym zachwyca się popkulturowy świat, nawet jeśli jest to przeciętne. Lubię wiedzieć jak skończy się Harry Potter, nawet jeśli przyjemność z lektury po raz ostatni czerpałem przy tomie piątym. Lubię wiedzieć jak czyta się Eragona, nawet jeśli nie ma w nim ani jednego oryginalnego pomysłu. Lubię wiedzieć o czym ludzie gadają gdy tak chwalą trylogię Larssona, nawet jeśli tak naprawdę są to przegadane i bardzo przeciętne thrillery. Lubię sprawdzić dlaczego tak duża część świata zachwyca się książkami o wampirach z uczuciami, choć tego ostatniego niestety nadal nie rozumiem. Postanowiłem więc również sprawdzić o co chodzi z następnym dziełem, które znajduje sobie coraz większą publiczność, czyli o co chodzi w książkowej serii młodzieżowej „Hunger Games”.

Hunger Games - Igrzyska Śmierci16-letnia Katniss nie ma lekkiego życia, jako mieszkanka 12 kolonii, najbiedniejszej z całego kraju Panem. Musi wciąż szukać sposobów na znalezienie jedzenia, żeby zaopiekować się swoją rodziną: młodszą siostrą i pogrążoną w szaleństwie matką. Ojca straciła w kopalni, bo to górnictwo jest podstawą istnienia dwunastego dystryktu, a sama nauczyła się od ojca polować w pobliskich lasach pełnych niebezpiecznych dzikich psów i niedźwiedzi. Jednakże Katniss nie narzekałaby specjalnie na swoje życie gdyby nie Gry Głodu, coroczne obowiązkowe zawody, w których 24 młodocianych przedstawicieli każdej kolonii musi stanąć w szranki, walcząc na śmierć i życie, za dawne, lecz niezapomniane przewinienie: nieudane powstanie przeciwko Stolicy. Gry głodu to ponure przedstawienie pokazywane przymusowo wszystkim mieszkańcom, to bezlitosne igrzyska prowadzone przez najmłodszych mieszkańców 12 kolonii ku uciesze i przestrodze wszystkich obywateli. Złośliwość losu sprawiła, że w nową edycję gier zostaje wrzucona też Katniss, więc musi się ona teraz sprawdzić na polu bitwy. Seria „Gry głodu” (czy jak chciał polski wydawca „Igrzyska śmierci”) to książki młodzieżowe, pisane są więc krótko, w zgrabnych zdaniach i dość prostych słowach, a zatem czytanie ich jest dość łatwe i przyjemne. To co szczególnie wciąga to ponury świat kreowany przez autorkę: przejmujemy się losem głównej bohaterki, bo świat, w którym musi się poruszać jest nieprzewidywalny, a nawet nieobliczalny, nie wiemy czy zginie, czy tylko zostanie ciężko ranna, czy którekolwiek z jej przyjaciół dotrwa do końca rozdziału. To odświeżające i wcale niezłe doświadczenie.

Ta książka powinna bardzo dziwne rzeczy robić z czytelnikami i odbiorcami. Oto grupa dzieci, no niech będzie nastolatków, w wieku od 12 do 18 lat, zostaje zamknięta na jednym obszarze i pod ścisłą kontrolą i obserwacją kamer muszą wybijać się nawzajem. I to dość realistycznie, tam gdzie trzeba brutalnie, tam gdzie można powoli i żmudnie. Gdy 120 lat temu nastolatki uprawiały seks w teatrze wywoływało to skandal, dziś pewnie też by jakiś może wywoływało, ale już ich wzajemne zabijanie się nie robi takiego wrażenia. Z drugiej strony nie ma co się rozczulać, dzieci w naszym cywilizowanym świecie pojawiły się…dopiero na początku XX wieku, wcześniej były po prostu miniaturami dorosłych, najpierw matki, potem ojca, dopiero przy mieście, masie, maszynie dzieci zaczęły dostawać swoje lalki, samochodziki, miniaturowych żołnierzy i transformersy. A przecież czym są główni bohaterowie Gier Głodu, jeżeli nie mniejszymi wersjami dorosłych, początkującymi wersjami bohaterów, bojowników i herosów, Herkulesów i Wiedźminów i Xen. To co książkę ratuje od bzdurnego gloryfikowania przemocy to właśnie realizm, zgrabne podkreślanie nie tylko wagi ludzkiego życia, ale też istoty bycia w pełni zdrowia, albo posiadania w życiu takich umiejętności, jak skradania, strzelania z łuku, czy po prostu trudów wchodzenia na drzewa. Dzięki temu jest to lektura świeża i ekscytująca, więc w sumie ją polecam.

„Gra głodu” to jednak nie koniec przygód młodej Katniss, jej historia została kontynuowana, a całość zamyka się w, tradycyjnej już chyba, książkowej trylogii. O kontynuacjach nie będę się rozwodził, bo nie czytałem co będzie dalej. Może kiedyś. Ale to też jeszcze nie koniec, bo Hollywood również oszalało na punkcie serii Hunger Games, w pewnej mierze zachwycając się oryginalnym materiałem, a w pewnej mierze po prostu szukając następnej franszyzy, po Harrym Potterze, czy Zmierzchu. Rzecz w tym, że ta książka nie ma zbyt wiele wspólnego, z tymi poprzednimi. Owszem rozterki sercowe głównej bohaterki przypominają nieco wahania nie znającej się na niczym emo-dziewczyny między dwoma bardzo różnymi, ale bardzo smacznymi samcami, a sama autorka z wielką swobodą i konsekwencją wymyśla kolejne elementy kreowanego przez nią świata, z wyobraźnią równie wielką jak J.K. Rowling, ale to za mało na widowiskowe kino przygody. Z resztą jeśli chodzi o elementy fabuły, jest zadziwiające z jak nietypowych źródeł można znaleźć inspiracje: moralność i główny temat, czyli zarządzane przez władze walki dzieci to właściwie kopia „Battle Royale”, a rodzina bohaterki jako żywo przypomina tą z „Do szpiku kości”. Z resztą to może przesadne sugerowanie się, bo główną rolę w Hungry Games zagra znakomita aktorka, nominowana do Oskara właśnie za wspomniany film, Jennifer Lawrence. Pokazali nawet pierwsze jej zdjęcia w gazetach i wygląda naprawdę odpowiednio. Mniej niż obsada martwi mnie co innego: książka z grubsza skierowana jest do tak zwanego młodego czytelnika, film będzie z pewnością kręcony pod 13-latków, bo to oni przynoszą z rodzicami najwięcej pieniędzy, ale co może ten film im przekazać? Jeżeli film zostanie zrobiony dobrze to, bardzo podobnie jak ksiązka, będzie zachęcać młodzież do nauki strzelania z łuku i wielogodzinnych spacerów po lesie. Jeżeli zostanie zrobiony hollywoodzko to każe młodym myśleć niezależnie, bez zaufania starszym. Jeżeli zostanie zrobiony źle to będzie zachęcać do mordowania się nawzajem. Ciekawe którą opcję wybierze Hollywood?


Jakby kto pytał

18 sty
2011
...z cyklu bez sensu

Ja tu jeszcze kiedyś coś napiszę. Czemu nie.



Słowo pisane przez Burzola, napędzane przez Wordpress.
Dezajn oparty na temacie autorstwa Lloyd Armbrust.