myśl#12 – ukuleleistyczna
2011
Ukulele to nie instrument, to styl życia.
Ukulele to nie instrument, to styl życia.
Znalazłem nowego muzycznego idola. To nie zdarza się często. Choć słucham dość dużo muzyki, i przynajmniej połowę słuchania staram się przeznaczyć na rzeczy nowe, i na nieznanych mi wykonawców, to jednak niewiele z tego porusza mnie jakość szczególnie, a naprawdę niewiele robi aż takie wrażenie. Tymczasem wysłuchałem jednego koncertu, potem płyty, drugiej, trzeciej…potem powtórzyłem kilka razy. I właśnie w ten sposób zachwycił mnie Tim Minchin.
Tim to rockandrollowy nerd, o czym sam poświadcza poniższą piosenką. To chyba najlepsze wprowadzenie do jego twórczości. Piosenka, jakby napisana wbrew zasadom pisania piosenek, przedstawia dziwnego intelektualistę, introwertyka, marzyciela, gwiazdę, idola i nerda oczywiście. Z dość surowym poczuciem humoru. I tu przepraszam, że od razu zdradzam puentę, ale piosenka mówi przede wszystkim o trudnym losie pianisty i poety:
Droga do poznania Tima była długa i dość zagmatwana (jest też kolejny dowodem na wybitność internetu). Otóż słuchając regularnie podkastu nerdist poznałem zabawny tercet komediowy z Australii o skromnej nazwie Axis of Awesome. Zabawni goście zajmują się śmiesznymi, ale prostymi piosenkami, ale pewnego razu ich pianista, zagrał z innym artystą w tym widele. I właśnie w tym wideo po raz pierwszy ujrzałem i usłyszałem Tima Minchina, gdy przygrywał żywo na pianinie i śpiewał piosenkę zawierającą głównie wulgarne angielskie słowo „fuck”, a wszystkie te wulgaryzmy skierowane do…papieża. To mnie dość zaintrygowało, ale jeszcze nie zachwyciło, nawet usłyszenie pełnej wersji tej piosenki nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia, choć było naprawdę chwytliwe i znakomicie zagrane na pianinie. Gdy zobaczyłem jednak, że muzyk ten występował z orkiestrą symfoniczną, to zaintrygowanie się pogłębiło.
Tim już na pierwszy rzut oka robi wrażenie, z tą swoją dziwaczną fryzurą, silnym makijażem, bosymi stopami, werwą z jaką gra i śpiewa swoje cudaczne piosenki i oczywiście ciągłymi minami rzucanymi w stronę publiczności. Śpiewa o wszystkim: od miłości do żony, po niechęć wobec głupoty ludzkiej. Od problemów codziennego życia, po problemy pośmiertne. A także o wielu dowcipnych rzeczach: o dziwnych fantazjach seksualnych, dmuchanej miłości, przekonaniach, trudach zajmowania się dziećmi albo o Bogu i seksie analnym. Śpiewa o uprzedzeniach, grubych dzieciach, stara się ratować świat tworząc pop-hymn o płóciennych torbach , a nawet Hymn Pokojowy Palestyny.
Tim śpiewa swobodnie, nie ograniczając się w tematach, ilości wulgaryzmów, czy naruszania różnego rodzaju majestatów, bo jak się okazuje swing z przekleństwem po prostu brzmi znacznie lepiej. A nie o obrazę chodzi przecież, tylko o celny humor. A wszystko to śpiewane jest z rockandrollową werwą i naprawdę bogatym przekrojem gatunków muzycznych, od rock and rolla po funk i jazz. No i jeszcze wzmacniane orkiestrą symfoniczną. To chyba po prostu idealne połączenie muzyki i treści, rocka i poezji, a wszystko okraszone mocnym humorem.
Tim zaczął jak zwykły człowiek, po prostu kolejny pianista z okrągłą twarzą i lokami. Założył nawet zespół, z którym wydał jedną płytę, ale nie przyniosło to specjalnego sukcesu, ani pieniędzy. Żył skromnie zarabiając na gigach z zespołem kowerowym. A potem postanowił ostatni raz spróbować szczęścia będąc sobą: schudł, zapuścił i wyprostował włosy, przestał używać okularów, a na scenie pojawiał się w tylko w dżinsach typy „skinny”, ale za to boso, bez butów. Wziął tych kilka swoich dowcipnych piosenek i zaczął śpiewać przy pianinie, akordeonie i gitarze, w klubach Melbourne, aż pewnego dnia udało mu się dostać na lokalny Międzynarodowy Festiwal Komedii, który dał mu dobrą agentkę i szansę na pojawienie się na legendarnym Festiwalu w Edynburgu. Reszta jest historią…którą można obserwować w filmie dokumentalnym „Rock and roll Nerd”, który śledzi jego drogę do Londynu i do sławy.
Jest dobra okazja do tego wpisu, bo na dniach w cywilizowanych krajach w sprzedaży ukaże się na DVD i Blu płyta „Tim Minchin and The Heritage Orchestra”, czyli właśnie nagranie z Royal Albert Hall, fragmentu trasy koncertowej Tima z orkiestrą symfoniczną. Jeśli będziecie mieli okazję jakoś to zobaczyć to naprawdę polecam, to widowisko pełne humoru, ale też naprawdę imponującej muzyki symfonicznej. Jeśli już zaczniecie oglądać to koniecznie wytrwajcie do finału, bo to pod koniec każdego jego koncertu pokazuje się najciekawsza, z początku niepozorna, twarz Tima, twarz liryczna. Widz przestaje się wreszcie tylko głupkowato uśmiechać, a zaczyna fascynować nie tylko artystą, ale po prostu całą ludzkością, kiedy Tim zaczyna śpiewać o swojej rodzinie, talencie, albo po prostu o tym dziwacznym uczuciu, które każdy człowiek czasem ma, gdy czuje się jak najmniejsza lalka w matrioszce:
Piszę pracę magisterską. Piszę pracę magisterską. No dobra, nie piszę.
Bardzo lubię wiedzieć czym zachwyca się popkulturowy świat, nawet jeśli jest to przeciętne. Lubię wiedzieć jak skończy się Harry Potter, nawet jeśli przyjemność z lektury po raz ostatni czerpałem przy tomie piątym. Lubię wiedzieć jak czyta się Eragona, nawet jeśli nie ma w nim ani jednego oryginalnego pomysłu. Lubię wiedzieć o czym ludzie gadają gdy tak chwalą trylogię Larssona, nawet jeśli tak naprawdę są to przegadane i bardzo przeciętne thrillery. Lubię sprawdzić dlaczego tak duża część świata zachwyca się książkami o wampirach z uczuciami, choć tego ostatniego niestety nadal nie rozumiem. Postanowiłem więc również sprawdzić o co chodzi z następnym dziełem, które znajduje sobie coraz większą publiczność, czyli o co chodzi w książkowej serii młodzieżowej „Hunger Games”.
16-letnia Katniss nie ma lekkiego życia, jako mieszkanka 12 kolonii, najbiedniejszej z całego kraju Panem. Musi wciąż szukać sposobów na znalezienie jedzenia, żeby zaopiekować się swoją rodziną: młodszą siostrą i pogrążoną w szaleństwie matką. Ojca straciła w kopalni, bo to górnictwo jest podstawą istnienia dwunastego dystryktu, a sama nauczyła się od ojca polować w pobliskich lasach pełnych niebezpiecznych dzikich psów i niedźwiedzi. Jednakże Katniss nie narzekałaby specjalnie na swoje życie gdyby nie Gry Głodu, coroczne obowiązkowe zawody, w których 24 młodocianych przedstawicieli każdej kolonii musi stanąć w szranki, walcząc na śmierć i życie, za dawne, lecz niezapomniane przewinienie: nieudane powstanie przeciwko Stolicy. Gry głodu to ponure przedstawienie pokazywane przymusowo wszystkim mieszkańcom, to bezlitosne igrzyska prowadzone przez najmłodszych mieszkańców 12 kolonii ku uciesze i przestrodze wszystkich obywateli. Złośliwość losu sprawiła, że w nową edycję gier zostaje wrzucona też Katniss, więc musi się ona teraz sprawdzić na polu bitwy. Seria „Gry głodu” (czy jak chciał polski wydawca „Igrzyska śmierci”) to książki młodzieżowe, pisane są więc krótko, w zgrabnych zdaniach i dość prostych słowach, a zatem czytanie ich jest dość łatwe i przyjemne. To co szczególnie wciąga to ponury świat kreowany przez autorkę: przejmujemy się losem głównej bohaterki, bo świat, w którym musi się poruszać jest nieprzewidywalny, a nawet nieobliczalny, nie wiemy czy zginie, czy tylko zostanie ciężko ranna, czy którekolwiek z jej przyjaciół dotrwa do końca rozdziału. To odświeżające i wcale niezłe doświadczenie.
Ta książka powinna bardzo dziwne rzeczy robić z czytelnikami i odbiorcami. Oto grupa dzieci, no niech będzie nastolatków, w wieku od 12 do 18 lat, zostaje zamknięta na jednym obszarze i pod ścisłą kontrolą i obserwacją kamer muszą wybijać się nawzajem. I to dość realistycznie, tam gdzie trzeba brutalnie, tam gdzie można powoli i żmudnie. Gdy 120 lat temu nastolatki uprawiały seks w teatrze wywoływało to skandal, dziś pewnie też by jakiś może wywoływało, ale już ich wzajemne zabijanie się nie robi takiego wrażenia. Z drugiej strony nie ma co się rozczulać, dzieci w naszym cywilizowanym świecie pojawiły się…dopiero na początku XX wieku, wcześniej były po prostu miniaturami dorosłych, najpierw matki, potem ojca, dopiero przy mieście, masie, maszynie dzieci zaczęły dostawać swoje lalki, samochodziki, miniaturowych żołnierzy i transformersy. A przecież czym są główni bohaterowie Gier Głodu, jeżeli nie mniejszymi wersjami dorosłych, początkującymi wersjami bohaterów, bojowników i herosów, Herkulesów i Wiedźminów i Xen. To co książkę ratuje od bzdurnego gloryfikowania przemocy to właśnie realizm, zgrabne podkreślanie nie tylko wagi ludzkiego życia, ale też istoty bycia w pełni zdrowia, albo posiadania w życiu takich umiejętności, jak skradania, strzelania z łuku, czy po prostu trudów wchodzenia na drzewa. Dzięki temu jest to lektura świeża i ekscytująca, więc w sumie ją polecam.
„Gra głodu” to jednak nie koniec przygód młodej Katniss, jej historia została kontynuowana, a całość zamyka się w, tradycyjnej już chyba, książkowej trylogii. O kontynuacjach nie będę się rozwodził, bo nie czytałem co będzie dalej. Może kiedyś. Ale to też jeszcze nie koniec, bo Hollywood również oszalało na punkcie serii Hunger Games, w pewnej mierze zachwycając się oryginalnym materiałem, a w pewnej mierze po prostu szukając następnej franszyzy, po Harrym Potterze, czy Zmierzchu. Rzecz w tym, że ta książka nie ma zbyt wiele wspólnego, z tymi poprzednimi. Owszem rozterki sercowe głównej bohaterki przypominają nieco wahania nie znającej się na niczym emo-dziewczyny między dwoma bardzo różnymi, ale bardzo smacznymi samcami, a sama autorka z wielką swobodą i konsekwencją wymyśla kolejne elementy kreowanego przez nią świata, z wyobraźnią równie wielką jak J.K. Rowling, ale to za mało na widowiskowe kino przygody. Z resztą jeśli chodzi o elementy fabuły, jest zadziwiające z jak nietypowych źródeł można znaleźć inspiracje: moralność i główny temat, czyli zarządzane przez władze walki dzieci to właściwie kopia „Battle Royale”, a rodzina bohaterki jako żywo przypomina tą z „Do szpiku kości”. Z resztą to może przesadne sugerowanie się, bo główną rolę w Hungry Games zagra znakomita aktorka, nominowana do Oskara właśnie za wspomniany film, Jennifer Lawrence. Pokazali nawet pierwsze jej zdjęcia w gazetach i wygląda naprawdę odpowiednio. Mniej niż obsada martwi mnie co innego: książka z grubsza skierowana jest do tak zwanego młodego czytelnika, film będzie z pewnością kręcony pod 13-latków, bo to oni przynoszą z rodzicami najwięcej pieniędzy, ale co może ten film im przekazać? Jeżeli film zostanie zrobiony dobrze to, bardzo podobnie jak ksiązka, będzie zachęcać młodzież do nauki strzelania z łuku i wielogodzinnych spacerów po lesie. Jeżeli zostanie zrobiony hollywoodzko to każe młodym myśleć niezależnie, bez zaufania starszym. Jeżeli zostanie zrobiony źle to będzie zachęcać do mordowania się nawzajem. Ciekawe którą opcję wybierze Hollywood?
Nie jestem największym przyjacielem zespołu Radiohead. Nie pytajcie dlaczego. Zwłaszcza, że teoretycznie powinienem być, są w końcu maksymalistycznie alternatywni, grają muzykę ciekawią i oryginalną, ponadto wyznają sensowne podejście do własnych słuchaczy, oraz niechęć do dużych studiów muzycznych: nawet swoją ostatnią płytę wypuścili do ściągnięcia z netu za dowolną opłatą. Ale jakoś dotąd mnie nie przyciągali.
Dopiero niedawno zainteresowała mnie piosenka „Creep”. Jakimż zaskoczeniem było dla mnie informacje cioci wikipedii, która opowiedziała, że była to ich pierwsza piosenka wydana na singlu, pierwszy i być może największy hit. Jednakże w oryginalnej aranżacji początkowo nie spotkała się z jakimś szczególnie ciepłym przyjęciem, trzeba było kilkunastu miesięcy, żeby zyskała popularność na świecie, w dodatku zaczynając nie od Brytanii, czy Stanów, ale Nowej Zelandii i krajów Skandynawii. Przy czym nie mam ku temu żadnych historycznych podstaw, ale odważę się powiedzieć, że dopiero inna wersja tej piosenki zachwyciła ludzkość – ta akustyczna, zaśpiewana dużo oszczędniej i z samą gitarą. To właśnie po niej piosenka stała się powszechnie znana, a wśród muzyków wybuchło mrowie wersji coverowych tego utworu. Najlepszy serwis internetowy świata, czyli słynny YouTube ma ich obecnie dosłownie setki.
Piosenkę „Creep” docenili nie tylko zwykli melomani, ale też wielkie muzyczne gwiazdy, w sieci można znaleźć alternatywne wersje „Creep” w wykonaniu wielu gwiazd, w tym: Korn na koncercie Unplugged, Moby (ten angol), gitarowo rozedrgany Prince, The Pretenders, komediancka gwiazda telewizji Conan O’Brian, pokręcona Amanda Fucking Palmer, czy zupełnie nikomu nieznany „bezdomny” Homeless Mustard.
Ale sieć jest też oczywiście pełna setek wersji amatorskich piosenki „Creep”, ja polecę dwa standardy: klasyczna dziewczynka z YouTuba, oraz oczywiście klasyczny duet z YouTuba. W swoich poszukiwaniach natrafiłem też na wersje, które najłagodniej nazwać można kontrowersyjnymi: smutny Kermit (który dowcipnie śpiewa „but I’m a green”), oraz doprawdy kosmiczna wersja Hindie Indie, którą śpiewa Bill Bailey.
Jednak osobiście żadną z tych wersji nie nazwałbym szczególnie ciekawą, a już na pewno nie arcy. Na aranżację arcyciekawą naprowadził mnie dopiero niedawno zwiastun, intrygującego z resztą, filmu „The Social Network”. Właśnie tam w tle śpiewa dziewczęcy chór pod przewodnictwem braci Kolacny:
Wybitne. Szczególnie, że dziewczyny nie cenzurują się, śpiewają tekst w pełni i dosłownie, a z drugiej strony bracia Kolacny kierują nimi bardzo delikatnie. Muzyka nieustannie narasta w sposób wręcz majestatyczny, żeby w ostatnich taktach idealnie się wyciszyć. Dochodzi więc do cudownego rozjazdu pomiędzy tekstem i muzyką. To dosyć znany chwyt, ale w tym wypadku jest wykonany perfekcyjnie.
Przy czym przyznam, że wciąż nie wiem dlaczego za każdym razem jestem zachwycony gdy słyszę tę pieśń. Rozumiem jej ogólną popularność, piosenka jest muzycznie dość prosta, z resztą ktoś napisał bardzo podobną już dwadzieścia lat wcześniej, a treściowo łatwo się z nią identyfikować, bo jest nie tylko depresyjna, ale i też ponuro realistyczna. Ale jakoś dopiero gdy zaśpiewały to belgijskie dziewczyny to serce mi się poruszyło, nie wiem dlaczego. Chociaż ja w ogóle lubię, kiedy kobiety na mnie śpiewają.
No to na koniec pozwolę sobie na odrobinę prywaty, oraz dołączenie się do głównego nurtu. Skoro wszyscy to robią, to ja też zaśmiecę internet swoją wersją Creep.
Słowo pisane przez Burzola, napędzane przez Wordpress.
Dezajn oparty na temacie autorstwa Lloyd Armbrust.