The road you didn’t take [bez sensu]

Wszystkie przeszłe zdarzenia, każda podjęta decyzja, doprowadziły mnie właśnie do tego miejsca i czasu. Stojąc przy przejściu dla pieszych spojrzałem w lewo… Ujrzałem ją. Nasze spojrzenia się spotkały. Już widzieliśmy te wspólne spotkania. Radość, przyszłość… Potem ona skręciła w lewo. Ja poszedłem w prawo.

#poezja

Transatlantyk 2014 – festiwal filmów niełatwych

 Transatlantyk 2014 Już czwarty raz z rzędu ponad połowę sierpniowego tygodnia spędziłem w kinie, na kolejnej edycji Transatlantyku. Tym razem zebrałem się w sobie i postanowiłem wszystkie obejrzane filmy choć krótko opisać, tak, żebym tak Łatwo o nich nie zapomniał. Zatem jedziemy:

„1001 jabłek” – w ramach bloku konfrontacji, patronowanego przez Amnesty International, film o masakrze ludności kurdyjskiej w 1988 roku…i o tych, którzy to ludobójstwo przetrwali i starają się jakoś z tym poradzić. (Dosłownie kilkanaście minut po zakończeniu oglądania nagrań z tegorocznego koncertu Monty Pythona, więc idealne wprowadzenie w nastrój festiwalu.) Tu właściwe oba aspekty tego filmu są istotne: zarówno tego co się kiedyś wydarzyło, bo skandal Anfal jest na Zachodzie współcześnie całkowicie ignorowany. Ale też ta współczesna strona jest bardzo ciekawa, bo pokazuje jak bliscy ofiar dekorują goździkami swoje jabłka, żeby w ten sposób utworzyć znak pokoju i pojednania wobec swoich oprawców…albo ich przedstawicieli w obecnym rządzie, ciągle szarpanego szamotaniną, Iraku. Fascynujący wgląd do innego świata.
6/10

„Zabić człowieka” – chilijski dramat, który wygrał w Sundance nagrodę główną. Ponura historia człowieka bezradnego wobec zła, bezsilności systemu i samotności. Film w nadzwyczaj spokojnym tonie pokazuje jak zwykły prosty człowiek doprowadza się do czynów…o które byśmy się nie podejrzewali. Świetne studium moralności.
8/10

„Magic Camp” – kolejny powód, że kocham Amerykę i dowód, że pewnych rzeczy należy się od nich uczyć. Film dokumentalny o tygodniu w obozie dla magików, gdzie młodzież w wieku różnym uczy się magii. Śledzimy czterech bardzo różnych artystów i tego co w tydzień na obozie mogą się nauczyć… oraz tego jak ich życie popłynie dalej. (Dla nerdów dodatkowe smaczki, w postaci nerdowskich koszulek noszonych losowo przez bohaterów na ekranie.) Pozytywne!
6/10

„No Fire Zone: The Killing Fields of Sri Lanka” - to film dokumentalny, będący przede wszystkim właśnie dokumentem, kompletnym dowodem na zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości, jakie dokonały władze Sri Lanki w 2008 roku, w czasie wojny z Tamilskimi Tygrysami, która w sumie służyła całkowitemu wybiciu tamtejszej cywilnej ludności tamilskiej. Trudny, mocny, wstrząsający, ale przede wszystkim kompetentny. Ponieważ film może zmieniać życia, pokazanie tego akurat filmu w siedzibie ONZ doprowadziło do wszczęcia oficjalnego postępowania w tej sprawie.
8/10

„This Ain’t No Mouse Music” – historia wydawnictwa muzycznego Arhoolie Records i jego założyciela Chrisa Strachwitza. Kolejny dowód na fajność Ameryki, a konkretniej jej bogactwa w tradycję i ciągłe trwanie muzyki folkowej, od bluesa, przez jazz, po bluegrass. Chris był swoistym antropologiem-bibliotekarzem ważnej południowej muzyki w USA. Fajna historia ciekawego człowieka i przede wszystkim przepiękna muzyka.
7/10

„Difret” – oparty na faktach, dramat dziewczynki z Etopii, porwanej przez starszego mężczyznę i jego kolegów, w ramach tamtejszej odwiecznej tradycji. Film o ścieraniu się ze sobą prawa i tradycji, a także opowieść o kobietach coraz śmielej radzących sobie w archaicznie patriarchicznym świecie. Niezłe sądowe dramatyczne kino, a przy okazji wreszcie nadzieja, że w pewnych krajach faktycznie następuje rozwój.
6/10

„Mój kuzyn Zoran” – włoska komedia o zepsutym moralnie pijaku i jego utalentowanym, choć nieśmiałym siostrzeńcu. I tu właśnie ten główny bohater nie podobał mi na tyle, że film oceniam słabo. Otóż główny bohater jest tak niemiły dla wszystkich wokół, są w filmie ludzie którzy z jakiegoś powodu nieco go tolerują, ale nie jestem pewien dlaczego. Film miał być śmieszny i publiczność w kinie wyraźnie potrafiła znaleźć momenty komediowe, ale do mnie one nie trafiały.
4/10

„Omar” – historia zakazanej nieudanej miłości, kolejna iteracja Romeo i Julii, opowieści starej jak świat. Tym razem kochankiem jest młody mieszkaniec Palestyny, a Julią siostra przywódcy jego małej grupy walczącej z opresją Izraela. Z punktu widzenia Europejczyka, film moralnie jest pogmatwany tak samo, jak tamtejsza sytuacja polityczna. Główny bohater jest terrorystą i pomógł w zamordowaniu żołnierza, ale to strona rządowa jest wyraźnym czarnym charakterem, która głównego bohatera gnębi, prześladuje i manipuluje. W finale dostajemy więc z jednej strony opowieść o przyjaźni, honorze, zaufaniu…i braku tych czynników, a z drugiej właśnie wgląd w tamtejsze pogmatwane codzienne życie.
6/10

„20 000” – Nick Cave jest tak bardzo dziwny. Film pokazuje dzień z życia Nicka Cave`a, a dokładniej 20 000 dzień. Film pięknie nakręcony, pokrętnie opowiedziany…no ale cóż, jest dzięki temu idealnym odzwierciedleniem samego artysty.
6/10

„Połów bez sieci” – opowieść o somalijskich piratach, swoista druga strona filmu „Kapitan Phillips”. Bardzo niezły film, piękne zdjęcia, znakomici somalijscy aktorzy i główny bohater, który mimo wewnętrznego sprzeciwu usiłuje zostać piratem. Całkiem dobry dramat, choć ma dość dziwne moralnie zakończenie.
8/10

„Pewnego razu na dzikim wschodzie” – czyli Kurdystan po kowbojsku. To jest naprawdę dość klasyczna opowieść westernowa, tylko że mała wioska położona jest w górach pomiędzy Irakiem i Turcją, zamiast szeryfa jest szef policji, zamiast Indian są rebeliantki, a zamiast rzezimieszka lokalny watażka. Całkiem dobre kino, choć miejscami mroczne.
7/10

„Brudne wojny” - film dokumentalny o nieudanych natowskich akcjach specjalnych przeprowadzanych w ramach walki z terroryzmem, oraz jaka część amerykańskiego wojska się nimi zajmuje, czyli kolejne potwierdzenie tego, że Obama może być najbardziej krwawym laureatem pokojowej nagrody Nobla. Pod względem dokumentalnym bardzo dobry i informacyjny, pod względem kinematografii niestety trochę za dużo autokreowania samego autora, który wyraźnie próbuje zabłysnąć przed kamerami. Mimo to warto się zapoznać.
6/10

„Blue Highway” – czyli po prostu kolejny amerykański film drogi, tym razem kręcony w stylu para-dokumentalnym. Film nazywany jest komedią, i ma zabawne momenty, ale jak na mój gust trochę za mało w tym zwiedzania ładnej Ameryki, a za dużo nieudanych żartów filmowych.
4/10

„W jego oczach” – historia nastoletniego niewidomego chłopaka i jego grupy przyjaciół, czyli film o dojrzewaniu…a także opowieść o tym, że miłość niejedno ma imię. Bardzo dobry film, świetna muzyka w tle, i nareszcie jakieś optymistyczne przesłanie na finał. (SPOILER! Film tak całkiem przy okazji jest pro LGTB, przez co niektóre środowiska traktują go specjalnie…ale moim zdaniem nie powinny, film broni się właśnie tym, że jest o zwykłej nastoletniej miłości).
8/10

„Tosty Po Meksykańsku” – meksykański film z wakacji, o nastoletnim synu, jego nadopiekuńczej matce i nowej koleżance, na którą ta matka jakoś musi reagować. Film….nudny. Naprawdę, ten film emocjonalnie i narracyjnie tkwi w strefie zero. Owszem miał kilka zabawnych momentów, wydaje się, że autorzy chcieli ich utworzyć nawet więcej, ale niezbyt to wyszło.
3/10

„Ulica w Palermo” – historia małej uliczki sycylijskiego Palermo i dwóch twardych kobiet, które…nie chcą na niej wyminąć się swoimi autami. Film jest bardzo sycylijski, z jednej strony miejscami nadzwyczaj zabawny, z drugiej umiejętnie dramatyczny. Kawał niezłego kina, na dobre zakończenie festiwalu.
8/10

I jeszcze słowo podsumowania festiwalu. Szesnaście obejrzanych filmów to całkiem niezły wynik, z pewnością jest to mój osobisty rekord Transatlantyku. Na festiwalu zabrakło mi paru rzeczy. Nie byłem na żadnym wydarzeniu poza kinem, na koncercie, warsztacie czy spotkaniu z twórcą. Ale też festiwalowych koncertów właściwie nie było. W programie filmów zabrakło mi filmów dokumentalnych, seansów przedpołudniowych, kina skandynawskiego, filmów o muzyce i sztuce. Mało kina lekkiego i humorystycznego. Jeśli chodzi o moje oceny obejrzanych filmów, to gdy ktoś spojrzy na moje coroczne zestawienia ulubionych filmów, raczej żadne z obejrzanych nie będzie na tej liście. Jednocześnie na Transatlantyku nie oglądam filmów, żeby mi się podobały, ale żeby poznać inne miejsca na świecie. Żeby spotkać drugiego człowieka. Dlatego każdy festiwalowy film ma ode mnie domyślnie 6/10, a dopiero potem ta ocena może podnieść, lub w szczególnych przypadkach spaść.

Co ciekawe gdy podsumować wszystkie te filmy, to wszystko to się łączy. Ze wszystkich tych filmów wynika dość jednolita wizja świata. Nie jest to wizja w pełni przyjemna, ale zdaje się, że dość bliska rzeczywistości. Jedną z podstawowych zagadek jakie nasuwają mi się po tych wszystkich seansach, są problemy konfliktów zbrojnych na całym świecie, i jak na nie wpływa bogaty biały człowiek. Z tego wychodzą dwie poważne kwestie: polityczna, czyli problem całego Bliskiego Wschodu, oraz filozoficznie: etnocentryzm, wielokulturowość. „Dzikusy kontra my”. Tu oczywiście problem jest bieżący, a także szalenie skomplikowany, pytań jest wiele, a jedna osoba nigdy nie da na niej dobrej odpowiedzi. Ogólny wniosek na bieżąco mogę mieć tylko wypośrodkowany, że zostawić ich samych sobie może być równie niemoralne, jak nadmierne mieszanie się do ich spraw.

Być może w takim doświadczeniu kinowym najważniejsze jest ponowne odkrycie, ze jest coś magicznego w sali kinowej. Znacznie łatwiej doczekać tego na festiwalu, gdy powoli zapełnia się sala kinowa, a potem nagle gasną światła…i zaczyna się film i w tym właśnie momencie działa ta magia. Współcześnie w zwykłym kinie jest to niestety reklama czekoladek i samochodów, stąd o magię trudniej. Jest też coś cudownie eskapistycznego w oglądaniu trzech, czasem czterech, filmów dziennie. Dla mnie potrafią minąć miesiące bez obejrzenia przeze mnie nawet jednego filmu, a tu jakoś nie mam problemu z wysiedzeniem nawet na trudnym filmie. Cudowne uczucie. Dlatego nie wątpię, że z niecierpliwością będę wyczekiwał za rok nowego programu zupełnie nowego Transatlantyku.

Legenda Korry: Księga 2 – co mogło być, a co jest

Legenda KorryBardzo przyjemnie piszę się o czymś fajnym, a jeszcze lepiej recenzuje i analizuje się coś, czego się szczerze nie lubi. Najtrudniejszym zadaniem dla skryby, krytyka-amatora, pisacza tekstów niepotrzebnych, jest próba zrecenzowania takiego dzieła, któremu życzy się jak najlepiej. Dzieła, które chciałoby się, żeby było znakomite, a jest…niekoniecznie znakomite.

Ten wstęp zapowiada, że moja opinia na temat drugiej księgi Legendy Korry jest przynajmniej niejednoznaczna. Nie ukrywam, że uczucia mam mieszane, ale z pewnością nie są one gorączkowo negatywne. Legenda Korry powraca i jest jakby bardziej baśniowa, zdecydowanie mniej urbanistyczna, a przy tym mam wrażenie po prostu dość zagubiona.

Sezon zaczyna się w nastroju Księgi pierwszej, główni bohaterowie starają się żyć szczęśliwym życiem po pokonaniu złoczyńców z księgi pierwszej. Poznajemy odrobinkę bliżej Plemię Południa Wodnych Benderów, gdy Korra natrafia na swojego wujka, który podpowiada jej w jaki sposób zmierzyć się z zupełnie nowym czyhającym niebezpieczeństwem, jakim stają się duchy. Bo oto duchy, albo Spiryty, zaczynają nawiedzać i nękać coraz bardziej cywilizowane osady w całej krainie. Dość szybko okazuje się, że choć wujek Korry wie dużo o tajemniczych złych mocach, niekoniecznie stoi po prawidłowej stronie mocy i trzeba będzie przeciwko niemu zorganizować wojnę. Awatar staje w sporze z władzami Stolicy, ponieważ gorączkowo usiłuje znaleźć sobie sojuszników, którzy pomogą jej w pokonaniu złego wuja.

…i gdzieś w czasie trwania całej tej akcji przekonujemy się, że wszyscy nasi ulubieni bohaterowie zachowują się jak chamy. Że są to samolubne, gburne, nieżyczliwie i zwyczajnie niesympatyczne postacie. Korra biega od generała do prezydenta, szukając u kogoś aprobaty wobec wojny, Bo-lin traktuje przedmiotowo swoje dziewczyny i zachowuje się wrednie w stosunku do brata, brat daje się zrobić jak małe dziecko i zrywa z Awatarem, prezydent Republiki zachowuje się jak tchórzliwa Obama, a Szefowa policji nie potrafi nic, ani zachować bezpieczeństwa, ani prawidłowo nadzorować swoich pracowników. Nawet wnuki Aanga nie uchowały się od plagi gburstwa i w jednym odcinku znęcały się nad jedną z sióstr.

A potem nagle dzieje się coś dziwnego. Korra zaatakowana przez szczególnie potężnego Spiryta trafia na ducha pierwszego Avatara…i wtedy przenosimy się do dwuodcinkowej retrospekcji o tym, jak powstał pierwszy Avatar. W niemal godzinnej inspirującej opowieści poznajemy w jaki sposób żyła ludzkość na początku cywilizacji, i skąd mieli możliwość władania nad elementami. To dwa genialne odcinki, w przepiękny sposób snują swoją legendę, z resztą zrobione w zupełnie innym stylu animacji. Bardziej doświadczeni oglądacze zauważa tu inspiracje Potęga Mitu i ogólnie przekazów mitologicznych różnych dawnych kultur. Potem na chwilę wracamy do rzeczywistości, gdzie wszyscy główni bohaterowie nadal zachowują się wrednie. Potem znów pojawia się podróż Korry do świata Spirytów i znów robi się magicznie, mistyczne przejście do innego świata, w który istnieje bez mocy elementów. I koniec sezonu, nieco zaskakująco, staje się nadzwyczaj epicki. Jak Dragon Ball, albo Naruto. Innymi słowy epicki na równi z niejednym przygodowym anime. I to jest naprawdę dobre, bardzo fajnie się ogląda. (A złowrogi potwór z finału bardzo mocno przypomina złowieszczego Aku z Samuraja Jacka).

Ostatecznie księga druga legendy o Awatarze Korrze wypada dość interesująco, jest z pewnością jednym z lepszych przedstawicieli gatunku. Serial wciąż miewa świetne momenty postaci. Bo-lin pozostaje szczerze śmieszną postacią, podobnie jego narzeczona, a wnuki Aanga są doprawdy przeurocze. Niestety najczęstszą myślą jaka miałem oglądając serial było „Kurczę, ale przecież w Ostatnim Airbenderze też był taki odcinek z tym i z tym, ach jakie to było fajne.” A tu niestety aż takie fajne nie jest.

Wpis na temat kontrowersyjnego spektaklu, którego nikt nie widział

Bardzo mało czasu poświęcam na interesowanie się sztuką nowoczesną i awangardą. Przecież jestem zjadaczem popkultury. Ale ktoś zaczął głośno krzyczeć, że nie wolno. Więc się zainteresowałem. Innymi słowy, gdyby nie głośne protesty skrajnych środowisk katolickich, gdyby nie biskup Stanisław Gądecki, nie obejrzałbym przedstawienia „Golgota Picnic”. Ale szczęśliwie załapałem się na pokaz specjalny nagrania, w Teatrze Nowym, wydarzenia cichego, przebiegejącego w miłej, spokojnej atmosferze.

„Golgota Picnic” to spektakl awangardowy, ale nie aż tak awangardowy, jak się obawiałem. Tak naprawdę w treści i zrozumieniu tego, co pokazują na scenie, jest dość prosty. Jest też świetnym wsparciem do własnych analiz i przemyśleń. Pomaga zastanowić się nad ludzką egzystencją, w różnych jej aspektach. Jeśli ktoś się chce zapoznać ze spektaklem, ważna informacja jest taka, że nagranie należy oglądać koniecznie z tłumaczonym tekstem, bo w słowie spektakl jest bardzo ważny. W tekście jest też Garcia najlepszy, a jeden z początkowych monologów (ten o muzyce z mp3), wydał mi się wręcz perfekcyjny. „Golgota Picnic” to spektakl wulgarny, pełen ostrych aktów wizualnych. Jest tak dlatego, że pokazuje ludzi (albo nieludzi) na skraju, po końcu świata. Bo jest to sztuka o postapokalipsie. O tym jak patrzeć na to, co mamy teraz, z końcowej perspektywy, gdzie nie ma miejsca już na nic innego poza idiotycznym piknikiem. Jest też w cholerę dużo metafor. Tekst mówi trochę o Jezusie i o sztuce, ale w żadnym miejscu nie obraża obu z tych dziedzin. „Golgota Picnic” to spektakl trudny, bo wulgarność męczy, jest też długi, szczególnie na zakończenie: na koniec pianista gra cały koncert Josepha Haydna „Siedem ostatnich słów Zbawiciela na Krzyżu”. I tu cudowna była reakcja publiczności, którzy przy każdym przejściu do kolejnej z dziewięciu części utworu, mieli nadzieję, że to już koniec. Jak posiatkowanym konsumpcyjnym społeczeństwem się staliśmy, że nawet kilkudziesięciu minut nie możemy wysiedzieć. W każdym razie, jeśli ktoś będzie miał okazję i ochotę zapoznać się z tym spektaklem, naprawdę warto. Natomiast jeżeli kogoś awangarda nie interesuje, nie ma się czym przejmować.

Jeszcze dwa słowa o protestach. Ktoś, a dla mnie był to biskup Gądecki, być może nie ze złośliwości, a z niedoinformowania, okłamał setki tysięcy ludzi. To kłamstwo trafiło na podatny grunt i wywiodło ludzi na ulicę. A naprawdę nie było o co. Potem pojawiły się jeszcze inne aspekty, na przykład, że jest to pseudosztuka, pseudoteatr, przez co należy tego zakazać. Tu nie rozumiem logiki za tym idącej. To głupie, że jeśli sto osób, które są mało zainteresowane współczesnym teatrem, uznają, że jedno przedstawienie sztuką nie jest, więc nie wolno tego pokazać w teatrze. Pisuar już nie jest tylko jeden z przedmiotów w toalecie. Nie od lat 20. XX wieku. Teraz pisuar też bywa rzeźbą. Bo teraz sztuka robi wiele dziwnych rzeczy i świat sztuki jakoś potrafi doceniać co jest wartościowe, a co nie. I jeśli ktoś się na sztuce nie zna, to oczywiście nie musi się tym zachwycać, ale też nie powinien się oburzać. Bo nie ma o co. I jest rzeczą…po prostu złą, jeśli się komuś działania w sztuce zabrania.